Rozdział osiemnasty- Obrazy

"Sukieneczka wachu, wachu, czy nie czujesz panna strachu?"

Przez salon przeszła chmara cichych szeptów i zgrzytów, wydobywających się gdzieś z głębi pomieszczenia. Fale zmieszały się z powietrzem, tworząc coś równie nieoczywistego jak pomieszanie jęku zwycięstwa i skowytu. Zrobiło się gęsto. Jego oddech stał się ciężki, niespokojny.
Starał się go opanować, przymknął oczy i nastawił słuch tak, by słyszeć nawet najmniejszy szum, jednak nic takiego nie nadeszło. Poczekał jeszcze krótką chwilę, a potem bardzo powoli podniósł się z fotela. Oparł lewą dłoń o kant stolika kawowego, palcami powoli posuwając się do przodu, by niezauważalnie chwycić za różdżkę.
Usłyszał za sobą zażenowane westchnienie i właśnie w tej chwili postanowił zaatakować.
W ułamku sekundy, choć na pewno trwało to trochę dłużej, obrócił się w stronę głosu. Machnął różdżką, która zawirowała i wyrzuciła z siebie delikatne iskry, informujące o wykonanym ruchu.
- Niewerbalne. Ładnie, Draco. Choć trochę powolne.
Próbował zrozumieć to, omawiał wszystko po kolei, przesuwając palcem po trzonie różdżki, by powoli ją opuścić.
Pomieszczenie było puste. Żadnych oznak życia. Jego zaklęcie musiało się odbić i jakimś cudem zostało pochłonięte przez obraz, w który nacelował.
Obraz! Lewe skrzydło.
To jedyne, w miarę logiczne wytłumaczenie całej ten sytuacji. Głos, który usłyszał musiał być rzeczywisty, nie pomyliłby go z żadnymi omamami.
Zaczął powoli przesuwać się w wyznaczonym kierunku, bojąc się, że to coś, co mówi do niego z obrazu zacznie krzyczeć, bądź zrobi coś, co wyprowadzi go z równowagi. Na trzęsących się nogach podszedł do obramowania.
Na malowidle były dwie kobiety w średnim wieku. Obie tęgie, szerokie w barkach, w czerwonych nylonowych uniformach. Jedna z nich - Valeria Myriadd, jak domyślał się Draco - płakała i trzymała się za ramiona, przyciskając skrzyżowane ręce do piersi. Druga, Phyllida Spore, najwyraźniej ulepiona była z twardszej gliny.
- Valeria przyszła za piętnaście szósta - powiedziała Phyllida. - Ma pozwolenie na przemieszczanie się między obrazami o dowolnych porach dnia. Nie jestem w stanie powiedzieć czemu przyszła akurat tutaj. Zobaczyła ciebie, zmartwionego, pochylającego się nad paleniskiem i została. Potem zaczęła płakać. W porządku?
- To ty odbiłaś moje zaklęcie?
- Dziwisz mi się, chłopcze? Próbowałeś mnie zaatakować. Nawet jako obraz muszę się bronić, słyszałeś chyba, co przytrafiło się Grubej Damie kilka lat temu?
Draco machnął różdżką w stronę wnętrza salonu - właściwie niepotrzebnie wskazywał kobietom, że boi się, iż ktoś usłyszy ich rozmowę. Ciężar różdżki wydawał się zmienny - w jednej chwili była lekka, niemal zwiewna, dawała z siebie wszystko i słuchała każdych jego poleceń, by zaraz potem stać się ciężka jak żelazne kowadło. Zmusił się, żeby sprawdzić, czy niczego nie przeoczył: Pokój wspólny pusty? Jest. Sillencio? Rzucone. Różdżka? W gotowości.
- Wszyscy słyszeli.
Draco spojrzał w sufit. Żyły na szyi mu nabrzmiały. Na chwilę pochylił głowę, wziął kilka głębszych oddechów i znów spojrzał na Phyllide Spore.
- Jak się czujesz, Draco?
- Poczuję się lepiej, kiedy pani odstąpi.
- Słusznie. Nie zajmę dużo czasu. - Kobieta wstała, przedstawiając się Draconowi w swej pełnej okazałości. Siwe włosy ciasno związane z tyłu głowy tworzyły idealnego kuca. - I tak nie mam co marnować czasu. Valeria prędko nie odejdzie, w ten czy inny sposób będzie próbowała uprzykrzyć ci życie. Coś mi się zdaje, że zaraz zwali się tu jakaś siora-potwora, czyż nie?
Draco nie odpowiedział od razu.
Phyllide wzruszyła ramionami, jakby mówiąc "niech będzie" i wyjrzała z obrazowej wnęki. Ten moment wydał się Draconowi surrealistyczny, bo mnóstwo razy obrazy w jego domu robiły dokładnie to samo, wyglądały, jedną ręką przytrzymując się fragmentu ramy.
Kobieta szturchnęła Valerię, a ta jakby w jednym momencie obudziła się z długiego, strasznie męczącego snu. Otworzyła zapłakane oczy, a gdy ujrzała twarz mężczyzny rozpłakała się jeszcze bardziej, zaczęła wrzeszczeć. Jej histeryczny jęk roznosił się po całym pomieszczeniu, zamieniając się w kilkadziesiąt innych głosów. Draco odskoczył wystraszony tym nagłym atakiem. Przymknął oczy i chwycił się za głowę, zatykając uszy.
- Valerio, jesteś bezpieczna, to nie on.
Valeria ucichła, wychyliła się, lekko kołysząc, najpierw w lewo, potem w prawo.
- O kogo chodzi?
- On nie daje jej zaznać spokoju i jakimś dziwnym trafem jesteś głęboko z tym powiązany. Może nie fizycznie, może nie w sposób, który byś zrozumiał. Być może to irracjonalne i pełne niedowierzania, ale jesteś punktem zapalnym. Tak jakbyś był zapałką, wiesz takim mugolskim kawałkiem drewna, które z określonymi czynnikami może stworzyć potężną eksplozję, ale tylko wtedy. Odosobniony jest bezużyteczny.
Jeśli było w niej coś, co kazało opowiadać kłamstwa, skoro byli tu tylko we troje, musiałoby chcieć jej zaszkodzić, a ona nie wygląda na osobę, która by na to pozwoliła.
Draco odrzucił głowę i się roześmiał.
- Pani kłamie - rzucił. Ale tym razem nie kłamała, o czym musiał wiedzieć i z jakiegoś powodu to go zdenerwowało. Chciała osiągnąć coś całkiem innego - chciała go ukoić - ale postanowiła brnąć dalej w nadziei, że gdzieś tam słucha jej normalny Draco Malfoy.
- Jeśli by się udało, już na zawsze mielibyście spokój.
- Z całym szacunkiem, ale jak mogę być powiązany z czymś, bądź kimś w sposób, którego sam nie odczuwam. Jesteśmy czarodziejami, a ja jestem dość dobry w Oklumencji. Wyczułbym penetrację z zewnątrz.
- Przyznaj, że ostatnim razem coś dziwnego dzieję się z tobą - mruknęła. - Draco, dobrze sypiasz?
I wtedy Draco usłyszał głos Voldemorta, który nalegał: Śmiało. Skłam.
- Tak. Daję pani słowo.
- Bądź ze mną szczery, widzę po kondycji twojej skóry, twoich włosów, że ostatni okres w twoim życiu nie jest przyjemny. Jeśli mnie wysłuchasz, pomożesz nie tylko sobie.
Draco pokręcił głową.
-Są powody, przez które nie wyglądam najlepiej, ale przyrzekam, że nie jest to sprawa, którą warto się przejmować.
Phyllide miała wrażenie, że chłopak balansuje na krawędzi. Rozsądnie byłoby odpuścić, ale nie w tym przypadku. Granica między iluzją a rzeczywistością zatarła się całkowicie. Wszystko wyglądało sztucznie, nawet, kiedy było prawdziwe.
- Zrobiłbyś coś dla mnie, chłopcze?
- Jeśli dzięki temu będę mógł już odejść.
-Trzymaj się ludzi, którzy przerywają węzły, oni znają prawidłową drogę. Jesteś dobrym chłopcem, Draco. Nigdy w to nie zwątp.
Miał ochotę się odwrócić, ale nie był w stanie. Nagle usłyszał chór głosów, synów, córek, mężów- krzyczeli jedno przez drugie, wszyscy naraz przekonywali: Patrz uważnie. Harmider w jego głowie stopniowo narastał. Stawał się coraz donośniejszy, symfoniczny, wszechogarniający. Trochę tak jakby wielu ludzi w jednej przerażającej chwili zobaczyło to samo niebezpieczeństwo - na przykład pędzący wąską ulicą samochód, nad którym nie panuje kierowca - i wszyscy wykrzykiwali to samo ostrzeżenie, ale używali różnych słów i języków, przez co nie dawało się zrozumieć nic oprócz ogólnej trwogi. Głosy krzyczały w jego głowie. Zatkał sobie uszy. Nie pomagało. Wrzaski wzmogły się boleśnie. Jedyne, co mógł zrobić, to spojrzeć na obraz i uwięzioną w nim dziewczynę.
Wyciągnęła ręce i zaczęła macać wokół siebie, aż jej tęgie ramie objęło znajomy kształt, który gwałtownie przytuliła do falującej piersi.
Jej dłonie pozostały puste.
Już wiedział, że nie chce pozostać z tymi głosami ani chwili dłużej. Postanowił poprosić o pomoc.


***

Profesor bez opamiętania snuł szalone domysły i stawiał niedorzecznie hipotezy. Jednak w tym wszystkim tkwiły zalążki sensu. Słuchała go uważnie, szukała wskazówek. Był inteligentny, spostrzegawczy i znakomicie wykształcony. Fakt, że co rusz się dekoncentrował, jakby nagle przenosił się do innego świata, i odpowiadał na niewypowiedziane pytania i uwagi - był względnie niegroźny. Coś w jego niezbornych wywodach mogło naprowadzić ją na właściwy trop, a także bardzo pomóc Harry'emu.
- Pomyśleć, że niegroźny profesor Slughorn mógł przyczynić się do powstania nowej ideologii, która zawładnęła Tomem Riddlem.
- Harry, nikt, ani nic nie może wpoić ci sposobu postępowania. Nawet, jeśli jest coś, co przyczyniło się do tego, kim w późniejszych latach stał się Voldemort, zalążek tego musiał tkwić w nim już od dawna.
Przynajmniej tak mi się wydaje, pomyślała i odchyliła się na oparcie krzesła. Odetchnęła głęboko i zaczęła się zastanawiać, czy może się mylić.
- Gdybym tylko mógł się dowiedzieć, o czym rozmawiali tej pamiętnej nocy. Wszystko stałoby się łatwiejsze. Prawda, Hermiono?
- Ty nie możesz, ty musisz się dowiedzieć. Od tego bardzo wiele zależy.
- I znów wszystko na moich barkach - rzekł Harry.
- Uwierz mi, gdybym tylko mogła wzięłabym na siebie choć część tego ciężaru.
- Jesteś dla mnie za ważna, bym mógł tak ryzykować. Dla Rona zresztą też.
- To słodkie Harry, że tak uważasz, ale... - zawahała się. Już miała odpowiedź na końcu języka, kiedy dotarło do niej, że to, co zaraz powie, jest niebezpieczne. Musiała dobrze chronić swoją pozycję. - Sądzę, że to za wiele powiedziane.


***

Był przekonany, że zupełnie zwariował i że szaleństwo to w tej sytuacji prawdopodobnie jedyne realistyczne wyjście. Nawet w ciemności ogarniającej świat, tworzył w myślach obraz otoczenia. Towarzyszyły temu pierwsze przebłyski zrozumienia, co się z nim dzieje. Potem miał nadzieję, że się jednak myli, choć nie był pewny, co do czego chce się mylić.
Splótł palce na brzuchu jak do modlitwy. Później wolno rozłączył dłonie i zacisnął je w pięści.
Kiedy skupił się na tym, co rzeczywiste - łóżko, przyciemnione okno w prawym skrzydle, złamane krzesło - potrafił nakreślić w myślach zniekształcony obraz swojego otoczenia.
Ciszę w pokoju mącił tylko jego oddech.
Przebudził się i zrozumiał, że przeżył swój kolejny atak, i że znów mu się poszczęściło.


W kapciach i bieliźnie Draco stanął przed umywalką. Wytarł kark ręcznikiem z monogramem jego domu i zmarszczył brwi, wpatrując się w swoje nędzne odbicie. Klatka piersiowa się zapadła. Skóra stała się bledsza, pełna sińców i zadrapań, których sam sobie przysporzył. Ugryzienie już prawie nie bolało, blizna powoli się goiła.
Mając dość swego ciała, przekrwionych oczu ubrał się w pośpiechu, ani razu nie spoglądając w lustro.

------------------------------------------------------------------------------
Ruszamy z nową energią, świeżymi pomysłami, Nowy Rokiem- bez ograniczeń.
Życzę Wam szampańskiej zabawy! Już jutro.

Komentarze

  1. Cieszę się, że wróciłaś! Długo kazałaś czekać, to fakt, ale powrót zaliczyłaś w wielkim stylu! Miniaturka, rozdział... Wow!
    Jedyne, co bym zmieniła, to długość notki. Dobrze wiesz, że mogłabym siedzieć u ciebie godzinami, a i tak byłoby mi mało :P
    Jestem bardzo ciekawa dalszej akcji! :3
    Pozdrawiam serdecznie,
    Feltson

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz